Po tym jak zostałam
brutalnie zacałowana na śmierć z trudem udało mi się zamknąć
drzwi.
-Mamo , tato co wy
tu robicie ? - zapytałam wściekła. - Przecież mieliście
przyjechać do Turynu dopiero pod koniec przyszłego tygodnia –
wypaliłam przypatrując im się gniewnie. Usiadłam na fotelu
czekając na wyjaśnienia.
-Nie gniewaj się
skarbie – powiedziała przymile mama jednocześnie omiatając
wzrokiem salon i starannie nakryty stół. - tata przełożył
spotkanie na jutro. Zamierza podpisać umowę na dostarczanie naszego
wina do jednej z tutejszych restauracji. Pomyśleliśmy że zrobimy
ci małą niespodziankę. - oznajmiła. Westchnęłam
zniecierpliwiona. Podeszłam do okna i dyskretnie przez nie
wyjrzałam. Nie było jeszcze śladu auta Leo.
-Powinniście mnie
wcześniej uprzedzić ,umówiłam się z kimś na dzisiejszy wieczór.
- odparłam zrezygnowana, obserwując niepokojący błysk w oczach
mojej najdroższej mamy. Wiedziałam co to oznacza. Szczegółowy
wywiad.
-Scarlettina ,
błagam powiedz że to Włoch ! - nakazała. Jęknęłam i
popatrzyłam w stronę taty, który kręcił się po kuchni.
Szepnęłam konspiracyjnie do mamy.
-Tak mamo ale
proszę nie mów nic ojcu. I błagam idźcie już. Zobaczymy się
jutro , dobrze ? - rzekłam spokojnie. W tym samym momencie do kuchni
wszedł Giovanni Fiumincino i z teatralnym przejęciem powiedział :
-Kran w kuchni
przecieka Scarlett , powinnaś coś z tym zrobić bo niedługo cię
zaleję.- oznajmił sadowiąc się na kanapie obok mamy. Ja za to
wstałam i ze stoickim spokojem oznajmiłam.
-Cóż... miło was
było zobaczyć , jesteśmy umówieni jutro na obiad więc pogadamy
dłużej. - powiedziałam popychając ich ku wyjściu.
-Ale.. - tata
zaczął protestować.
-Żadne ale
tatusiu jutro porozmawiamy w spokoju ,zaraz mam ważne spotkanie. -
odpowiedziałam podając ojcu marynarkę którą zdążył powiesić
na wieszaku. Otworzyłam drzwi i ku mojemu zdumieniu stał tam nie
kto inny jak Leonardo Bonucci we własnej osobie z bukietem białych
róż. Po niezwykle krępujące dla nas wszystkich minutowej ciszy
jaka nastąpiła ,odezwałam się pierwsza.
-Więc, Leo poznaj
moich rodziców. - oznajmiłam. - Niestety muszą już iść. -
powiedziałam szczypiąc mamę w rękę na znak żeby wychodzili.
-Tak,tak , na nas
już czas i tak się zasiedzieliśmy. Miło było pana poznać –
powiedziała i biorąc pod rękę męża wyszli z mieszkania. Na
odchodne mama pokazała mi jeszcze że będzie trzymała kciuki.
Chyba naprawde była zdesperowana. Zmieszany Leo niepewnie wszedł do
środka.
-Chyba pojawiłem
się nie w porę. Wyglądali na przejętych. - powiedział podając
mi kwiaty i całując mnie dwa razy w policzek. Zaśmiałam się.
-Wydawało ci się,
wejdź do salonu , zaraz podam przystawki. - powiedziałam wkladając
kwiaty do wazonu.
-Przepraszam że
się spóźniłem ale musiałem odwieźć Claudio do domu. Nienawidzi
komunikacji miejskiej , a wciąż nie ma swojego samochodu. No
wiesz... po tej waszej akcji. - przewrócił oczami rozbawiony.
-Oczywiście ,
panicz Marchisio nie może przecież jeździć tym samym środkiem
lokomocji co wszyscy inni. - powiedziałam niosąc sałatki. Widząc
zmieszanie Leo szybko się zreflektowałam – Przepraszam, nie
powinnam tego mówić. Bądź co bądź to twój przyjaciel.
Kompletny idiota ale przyjaciel. - przyznałam lekko się
uśmiechając. Usiadłam obok Leonardo na mojej nowiusieńkiej sofie.
Objął mnie niepewnie ramieniem jakby bał się że ucieknę
-Nie musimy o nim
dzisiaj rozmawiać. Wiem że go nie lubisz... jak większość ludzi
zresztą- stwierdził mierzwiąc sobie włosy. - Chciałbym o czymś
z tobą porozmawiać. - oznajmił odsuwając się na bezpieczną
odległość. Odchrząknęłam przybierając obronną pozycję.
Wiedziałam że te słowa nigdy nie wróżą niczego dobrego ,a ja
nie chciałam wyjść na głupiutką dziewczynkę, która liczy na
romans ze sławnym piłkarzem. - Chodzi o to że... uwierz naprawdę
bardzo się ucieszyłem kiedy do mnie zadzwoniłaś. Myślałem ,że
nie chcesz się ze mną zadawać po tym wszystkim. W pracy
rozmawiałaś ze mną normalnie ,a kiedy dzwoniłem do ciebie i
chciałem zaprosić cię gdzieś, po prostu mnie zbywałaś. Byłem
trochę skołowany. - oznajmił wstając. Nie chcąc mu przerywać
czekałam na dalszy ciąg. Faktycznie z jego strony mogło to tak
wyglądać. Zaśmiałam się gorzko. Znów wyszłam na rozpuszczoną,
samolubną jędze. Fantastycznie. Nie chciałam żeby to tak wyszło.
Naprawdę polubiłam Leo. Był mądry, sympatyczny, przystojny i
najwyraźniej podobam mu się. Zagryzłam wargę po czym
odpowiedziałam mu.
-Masz absolutną
racje. Kompletna idiotka ze mnie. - spojrzałam na niego. - Mam
nadzieję że mi wybaczysz. Nie chciałabym żeby to wpłynęło na
nasze relację. - zaczęłam. - Ja... po prostu potrzebowałam trochę
czasu żeby poukładać sobie to wszystko w głowie. - tłumaczyłam
mu czując że robię się purpurowa na twarzy. Nie wierzę że
właśnie to powiedziałam. Potrzebowała czasu...
- tak zdecydowanie potrzebowałam go jednak odrobinę więcej.
Moje
głębokie przemyślenia dosadnie zakończył Leo, składając na
moich ustach długi pocałunek. Zaskoczył mnie tym co zrobił
dlatego też nie zastanawiając się długo oddałam mu pocałunek.
-Myślę że ci wybaczę. - zaśmiał się cicho. - Pod jednym
warunkiem oczywiście. - powiedział obserwując mój wyraz twarzy.
-Jakim
? - spytałam przybliżając się do niego. - W piątek jedziemy z
kilkoma chłopakami na wybrzeże w ramach wycieczki
krajoznawczej. Oni jadą ze swoimi dziewczynami, a ja chciałbym
żebyś pojechała tam razem ze mną. - zaproponował obejmując
mnie. - Jako... twoja dziewczyna ? - zawahałam się na moment. Leo
obrócił mnie ku sobie i patrząc na mnie powiedział :
-A
chcesz tego ? - spytał przyciskając mnie do ściany. Spuściłam
wzrok chcąc uciec od jego przenikliwych
oczu.
-
Tak... - odpowiedziałam całując go.